2011-05-28 16:09:52>>

tytuł nie może być pusty



Hej, hej, panie doktorze, wszystko mnie wkurwia!
A konkretnie? Och, to co zwykłe, nasze, polskie takie. To najlepsza wymówka, jaką słyszałam, pozwala na wiele i niesie  usprawiedliwienie tym jednym "to takie polskie". Znaczy - dopuszczalne, możliwe, wręcz naturalne, więc po co z tym walczyć?
To tak, jakby się chciało sobie serce wyciąć. Więc wkurwiam się na siebie samą za tę moją "polskość" manifestującą się w
narzekaniu, nicnierobieniu i zazdroszczeniu innym. Wkurwiam się na myślenie, że za wiele chcę, a tak mało mogę. Bo wszystko
przeciwko mnie, bo kłody pod nogi, bo przecież i tak się nie uda. Wkurwiam się na własną niemoc, niechęć do podejmowania
radykalnych decyzji, brak pewności, czy rzeczywiście są one niezbędne i konieczne. Robert Kasprzycki, ten od "Nieba do
wynajęcia
", śpiewał też "Mam wszystko, jestem niczym". Tak się właśnie czasem czuję. Ostatnio czasem.

"(...) że też nie szkoda ci czasu na spokój, nie przychodzi ci do głowy, że żyjemy tylko jeden raz i nie zdążymy zrobić
wszystkiego? Trzeba się pospieszyć!
- Wcale nie chcę robić wszystkiego! (...) Wystarczą mi niektóre rzeczy. Nie należy wymagać za wiele.
- Ależ należy chcieć za wiele, bo nigdy się nie ma tego, czego się chce, tylko zawsze trochę mniej. Im więcej się chce, tym
więcej się ma w rezultacie.
"
Pisała to kobieta, która będąc dzieckiem przeżyła II w. św. Później dorastała w czasach PRLu, kiedy dosłownie nie było
niczego, ale mimo to dała sobie radę. Ukończyła architekturę, pracowała w różnych miejscach, zaczęła zarabiać pisaniem
reportaży i felietonów, a potem książek. Joanna Chmielewska.

A ja? Dziecko przełomu wieków, z kochającymi rodzicami, internetem, komórką, dwoma fakultetami, jako takim nieodpychającym wyglądem, z w miarę dobrym zdrowiem i generalnie przez większość czasu z optymistyczną beztroską u boku.
Mnie się po prostu kurwa nie chce. Bo - i tu leci stara mantra, z bezsensem, brakiem możliwości, kasy i wszystkiego
tego, co to mnie niby tak bardzo ogranicza.
Przeniosłam się ze stażu do "prawdziwej pracy", ale co z tego, skoro... itd.
A, i brak czasu. Bo przecież wstaję wcześnie, później na wysokich obrotach przez cały czas, później jeszcze godzinny dojazd
do domu i moje wielkie zmęczenie. I że może sobie odpuścimy wyjście, spotkanie, seks, oglądanie i wszystko inne, bo
przecież jestem tak bardzo zmęczona? Biedna Kasieńka, oj biedna. Jak mnie to wkurwia, to moje samowytłumaczanie się, to nieustanne samorozgrzeszanie się, "bo przecież..."! "Dżizas kurwa ja pierdolę", że tak sobie pozwolę polecieć cytatem.

I to mnie właśnie we mnie najbardziej wkurwia. Że pływa mi gdzieś po obrzeżu świadomości myśl o tym, że nie wszystko jest
ok, że tu i teraz, w tym konkretnym momencie życia, dotychczasowe rozwiązania tracą sens, że trzeba poszukać nowych, może
lepszych, może nie, ale innych, nieoswojonych i wyrywających ze stagnacji. Że wiem, że ona tam jest, czai się na mnie,
wysuwa swoją mackę i na mnie kiwa, a ja ją ignoruję, bo tak jest przecież wygodniej i bezpieczniej. Bo zmęczona, bo nie mam
możliwości, bo mnie nie stać, bo nie jest źle. Bo kurwa kocham autobusy i z chęcią spędzę w nich resztę życia. Bo umowa na
czas jakiś, bo potem znów się zacznie szukanie pracy, bo prawo jazdy, samochód, operacja, bo by się chciało książki kupić i
rodziców wesprzeć, bo wspólne śniadanka i kolacje, wyjścia wieczorem na wrocławski rynek albo kłótnie o porozrzucane
ciuchy, ale za co, skoro pensja taka, że jedna osoba nie da rady tego ciągnąć. Bo może jednak nie Wrocław, bo to za duża
rewolucja, a w podwójności nie ma miejsca na takie jednoosobowe decyzje. Bo wywieranie presji, narzekanie, miotanie się.
Kurwa! A może odwrotnie, może zaryzykować, znaleźć jakąś klitkę i raz się wyspać, zamiast wstawać o 4.50 i zapierdalać na
autobus...?

I tak sobie żyję, nie? Od pobudki do autobusu, od tramwaju do pracy, od telefonów, zmywarki i nerwowego drżenia za każdym
razem, gdy mam kontakt z szefem do przebijania się przez Wrocław w popołudniowych korkach i powrotu do domu. Od zrzucenia
"eleganckich" ciuchów do wskoczenia w dżinsy i gry w ping-ponga. Od wyjścia z piwem nad Odrę albo spotkania z Błażejem do
narastającego zmęczenia ogarniającego mnie gdzieś tak koło 22. A potem sen, jak dobrze pójdzie to bez przeżywania w nim
pracy. I znów jest rano, znów nadchodzi "Here comes the hotstepper" w roli budzika, potem rozklejanie powiek i wszystko startujące od nowa.
Wstaję, udeptuję w sobie wszytskie niepokoje, lęki i wkurwienia, zamykam oczy na machające do mnie męczące mój święty
spokój i nicnierobienie myśli i jest ok. Bo skoro zawsze wszystko się układa, to może i tym razem też? I będzie jakoś? Bo
zawsze jest jakoś?

Dziś wieczorem salsowa impreza w P., a potem - chyba - przenosiny na oławski grunt.
Ostatnie odcinki sezonów Mentalisty i House'a wymiatają.
Przeczytałam "Całując ul" Carrolla.
Wyszliśmy ekipą.
Widzieliśmy się z B.
To naprawdę nie był zły tydzień!!!


A propos książki Carrolla:
"Przed laty udałem się do pewnego psychoanalityka, który powiedział, żebym się nie martwił - wszystko płynie, nic nie
zostaje. Nie podoba ci się to, co jest dzisiaj - to nic, jutro będzie inaczej. Zaśmiałem mu się w twarz i powiedziałem:
>>Myli się pan - w s z y s t k o  z o s t a j e. Te wielkie, tłuste robaki pamięci i zapomnienia zostają z nami i choć
niektóre zdychają, reszta pozostaje przy życiu, kręci się i wije.<<
"
I kto ma rację? Hę?



skomentuj (2)