2011-06-23 10:26:58>> burza zaczęło się niewinnie By potem przejść do znacznie bardziej spektakularnego pokazu - choć to dopiero była delikatna zapowiedź... ... linii równoległych A na końcu można było czytać bez zapalania światła. Tak na marginesie: była godz. 22:24 UWIELBIAM BURZE :D skomentuj (1) 2011-06-18 18:36:16>> . Pomalowałam sobie przed chwilą paznokcie i nie bardzo mam jak się szarpać z kablem od aparatu, a chciałabym zobaczyć, czy udało mi się uchwycić w miarę wyraźnie niedawne zaćmienie Księżyca. No nic, może za chwilę. Siedzę sobie na spokojnie przed ekranem, dzielnie zwalczając w sobie chęć wysuwania klawiatury od laptopa. Ach, te pracowe nawyki ;) A propos pracy, to od piątku rzucili mnie na zupełnie obcy dla mnie odcinek, ale, niczym ten stachanowiec, dzielnie podejmę wyzwanie i te dwa tygodnie jakoś się przemęczę. Z pewnością będzie ciekawie, no a w ostateczności jak coś nawalę, to i tak mnie raczej nie wywalą, bo nie będzie im się opłacało przyuczać nowej osoby na tych parę miesięcy ;) Początek tygodnia - OBY!! - będzie łagodny, później to już się okaże, ale Bożego Ciała nawet mój Szef skasować nie może ;) Następny weekend zapowiada się ciekawie, bo w takiej sobocie pracującej to ja jeszcze nigdy nie brałam udziału. Ale, wezmę swoje nowe buty na dwunastocentymetrowym obcasie i będę na wszystkich patrzeć z góry, może sobie szybciej pójdą ;) Ponadto D. się zapowiedział z wizytą w O., niach niach. Ale i tak to wszystko się chowa przed 1-2 lipca: 1.07. mamy imprezę salsową z zespołem, grającym na żywo, a 2.07. Krzyś C. zaprasza na swoją działkę na kolejną, siódmą już (!), imprezę klasową :D Nie mam pojęcia, jak moja wątroba to wytrzyma, ale ostatecznie przez całe życie o nią całkiem nieźle dbałam, więc może nie będzie tak źle ;) Popatrzyłam dziś na stertę ciuchów, walających się po fotelu i drzwiach szafy, nawet zaczęłam je segregować, ale po paru minutach wymiękłam, padłam na kolana i po prostu się poddałam. Nie wiem, naprawdę, ktoś chyba musiałby to za mnie zrobić, bo ja kuźwa nie mam serca. Bo może jeszcze w tym będę chodziła, bo może komuś się przyda, bo może się jednak zastanowić jeszcze...? I koniec końców wywalam kilka sztuk, a cała reszta wraca do szafy. Brak mi silnej woli i konsekwencji ;) Ale jak tak sobie patrzę na te moje pracowe zestawy ciuchowe, to mi się ciepło na sercu robi, bo naprawdę fajnie mi się udało to wszystko wybrać i połączyć. I jeszcze mi forsa na koncie została! :) Czuję się trochę tak, jakbym żyła w pożyczonym czasie. Dobrze mi tu, gdzie jestem, wśród ludzi, których już oswoiłam i których lubię. Przykro mi będzie odchodzić, zabierać swoje korzenie i szukać innej ziemi, w której mogłabym je upchnąć. Z drugiej strony to dobrze, że mam świadomość tej tymczasowości, cokolwiek się stanie, będę na to w pewnym sensie przygotowana. I co najwyżej miło się rozczaruję. Oby. Zobaczymy. Deszcz chyba krąży w pobliżu, ciśnienie pikuje w dół i zaraz zasnę na klawiaturze... skomentuj (0) 2011-06-14 22:51:27>> . Jest fajnie, nie? No. Keep smajling :) Jak kaczki na niebie... :) Wbrew Małemu Księciu - nie zawsze lubi się zachody słońca tylko wtedy, kiedy jest się samotnym. *** W pracy ok, w życiu ok, czyż ja mogę na coś narzekać?? Pensja przyszła, Urząd Pracy dorzucił swoje, oddam resztę długów Tacie i praktycznie wyjdę na zero :) W szafie ciuchy mi się kompletnie nie mieszczą, ale to tylko dlatego, że nie mam kiedy wziąć się za nią i wypieprzyć 2/3 zawartości. B. znów będzie występował na oławskiej ziemi, i to aż dwa razy :) Ach, no i zdrowa jestem, tak? Więc generalnie żyć nie umierać :) *** Dobranoc. skomentuj (0) 2011-06-05 22:21:43>> :) Perspektywa zmienia się zależnie od punktu, z którego się patrzy, nie? Bawię się - jak kalejdoskopem. Tu taniec, tam piwo, w międzyczasie żabie udka i ślimaki na rozgrzanym upałem wrocławskim rynku, a potem grill u M. na działce i półgodzinne kimanie w dość niewygodnej pozycji, bo jednak tydzień pracy dość dał mi w kość. Cudownie rozgwieżdżone niebo nad głową, spacer w ciepłą noc, spanie u B. - tym się cieszę, z tego czerpię energię. Wszystkie koszmarki zatrzasnęłam poza granicą świadomości i trochę czasu minie, zanim znów wypełzną. Nastawiam się na Wrocław. Jednak i mimo wszystko. Czy to ma sens, czy się opłaca, czy zadziała? Nie wiem i nie potrafię sobie odpowiedzieć na te pytania. Do O. nie jest daleko, wszystko da się jakoś poukładać. Prawda? Może trzeba właśnie takiego katalizatora, by coś ruszyło. A może wszystko rozwinie się w zupełnie innym kierunku? Ciągle cieszę się, że pracuję tam, gdzie pracuję. Czasem się na siebie wściekam za zawiechy i zidiocenie, ale panika powoli ustępuje - i choć nie sądzę, by całkiem zniknęła, to jednak jest lepiej i jakoś nad nią panuję. Jest fajnie. Nigdy nawet nie wyobrażałam sobie, że trafię tam, gdzie trafiłam. Inna sprawa, że słabo mi szło tzw. "wybieranie drogi życiowej", co pewnie jest - było - sporym błędem. Może się w końcu dowiem, czego tak naprawdę chcę. A może nie jest źle tak, jak jest. Znalazłam adres na Kotlarskiej, jutro - jak znajdę czas - pójdę się dowiedzieć ile kasy muszę przygotować. To nawet lepsze, niż szukanie mieszkania/pokoju, poza tym pierwszą połowę "prawdziwej pensji" wypada wydać na przyjemności. Boję się tylko, że jak już pooddaję długi, to niewiele mi zostanie, ale. Listę "do kupienia" regularnie uzupełniam, potem to już tylko pozostanie ustawić wszystko wg priorytetu :) Bo np. bez słuchawek do kom już wariuję, szczególnie wracając do domu, bo zamiast kimać spokojnie i z przyjemną muzyką w uszach, to muszę wysłuchiwać jakiegoś paplania dobiegającego z sąsiedniego siedzenia. Fryzjer jeszcze poczeka, choć z drugiej strony jakoś wyglądać muszę ;) No i lepiej najpierw się fryzjerzyć, a później robić tatuaż, szczególnie zważywszy na miejsce, w którym chcę go mieć. Jeszcze chcę. Może jak poznam ceny, to mi przejdzie ;) Wyprasowałam ciuchy na cały tydzień, jutro będę się szlajać po sklepach w poszukiwaniu spodni, bo ile można w jednych łazić. W sb szlag mnie trafił, bo NIGDZIE nie znalazłam choćby marnej imitacji tego, w czym chciałabym się widzieć, ale przecież się nie poddam :) Wrzuciłabym zdjęcia wschodu słońca, żabich udek i lasu, ale nie chce mi się szukać kabli ;) skomentuj (0) 2011-05-28 16:09:52>> tytuł nie może być pusty Hej, hej, panie doktorze, wszystko mnie wkurwia! A konkretnie? Och, to co zwykłe, nasze, polskie takie. To najlepsza wymówka, jaką słyszałam, pozwala na wiele i niesie usprawiedliwienie tym jednym "to takie polskie". Znaczy - dopuszczalne, możliwe, wręcz naturalne, więc po co z tym walczyć? To tak, jakby się chciało sobie serce wyciąć. Więc wkurwiam się na siebie samą za tę moją "polskość" manifestującą się w narzekaniu, nicnierobieniu i zazdroszczeniu innym. Wkurwiam się na myślenie, że za wiele chcę, a tak mało mogę. Bo wszystko przeciwko mnie, bo kłody pod nogi, bo przecież i tak się nie uda. Wkurwiam się na własną niemoc, niechęć do podejmowania radykalnych decyzji, brak pewności, czy rzeczywiście są one niezbędne i konieczne. Robert Kasprzycki, ten od "Nieba do wynajęcia", śpiewał też "Mam wszystko, jestem niczym". Tak się właśnie czasem czuję. Ostatnio czasem. "(...) że też nie szkoda ci czasu na spokój, nie przychodzi ci do głowy, że żyjemy tylko jeden raz i nie zdążymy zrobić wszystkiego? Trzeba się pospieszyć! - Wcale nie chcę robić wszystkiego! (...) Wystarczą mi niektóre rzeczy. Nie należy wymagać za wiele. - Ależ należy chcieć za wiele, bo nigdy się nie ma tego, czego się chce, tylko zawsze trochę mniej. Im więcej się chce, tym więcej się ma w rezultacie." Pisała to kobieta, która będąc dzieckiem przeżyła II w. św. Później dorastała w czasach PRLu, kiedy dosłownie nie było niczego, ale mimo to dała sobie radę. Ukończyła architekturę, pracowała w różnych miejscach, zaczęła zarabiać pisaniem reportaży i felietonów, a potem książek. Joanna Chmielewska. A ja? Dziecko przełomu wieków, z kochającymi rodzicami, internetem, komórką, dwoma fakultetami, jako takim nieodpychającym wyglądem, z w miarę dobrym zdrowiem i generalnie przez większość czasu z optymistyczną beztroską u boku. Mnie się po prostu kurwa nie chce. Bo - i tu leci stara mantra, z bezsensem, brakiem możliwości, kasy i wszystkiego tego, co to mnie niby tak bardzo ogranicza. Przeniosłam się ze stażu do "prawdziwej pracy", ale co z tego, skoro... itd. A, i brak czasu. Bo przecież wstaję wcześnie, później na wysokich obrotach przez cały czas, później jeszcze godzinny dojazd do domu i moje wielkie zmęczenie. I że może sobie odpuścimy wyjście, spotkanie, seks, oglądanie i wszystko inne, bo przecież jestem tak bardzo zmęczona? Biedna Kasieńka, oj biedna. Jak mnie to wkurwia, to moje samowytłumaczanie się, to nieustanne samorozgrzeszanie się, "bo przecież..."! "Dżizas kurwa ja pierdolę", że tak sobie pozwolę polecieć cytatem. I to mnie właśnie we mnie najbardziej wkurwia. Że pływa mi gdzieś po obrzeżu świadomości myśl o tym, że nie wszystko jest ok, że tu i teraz, w tym konkretnym momencie życia, dotychczasowe rozwiązania tracą sens, że trzeba poszukać nowych, może lepszych, może nie, ale innych, nieoswojonych i wyrywających ze stagnacji. Że wiem, że ona tam jest, czai się na mnie, wysuwa swoją mackę i na mnie kiwa, a ja ją ignoruję, bo tak jest przecież wygodniej i bezpieczniej. Bo zmęczona, bo nie mam możliwości, bo mnie nie stać, bo nie jest źle. Bo kurwa kocham autobusy i z chęcią spędzę w nich resztę życia. Bo umowa na czas jakiś, bo potem znów się zacznie szukanie pracy, bo prawo jazdy, samochód, operacja, bo by się chciało książki kupić i rodziców wesprzeć, bo wspólne śniadanka i kolacje, wyjścia wieczorem na wrocławski rynek albo kłótnie o porozrzucane ciuchy, ale za co, skoro pensja taka, że jedna osoba nie da rady tego ciągnąć. Bo może jednak nie Wrocław, bo to za duża rewolucja, a w podwójności nie ma miejsca na takie jednoosobowe decyzje. Bo wywieranie presji, narzekanie, miotanie się. Kurwa! A może odwrotnie, może zaryzykować, znaleźć jakąś klitkę i raz się wyspać, zamiast wstawać o 4.50 i zapierdalać na autobus...? I tak sobie żyję, nie? Od pobudki do autobusu, od tramwaju do pracy, od telefonów, zmywarki i nerwowego drżenia za każdym razem, gdy mam kontakt z szefem do przebijania się przez Wrocław w popołudniowych korkach i powrotu do domu. Od zrzucenia "eleganckich" ciuchów do wskoczenia w dżinsy i gry w ping-ponga. Od wyjścia z piwem nad Odrę albo spotkania z Błażejem do narastającego zmęczenia ogarniającego mnie gdzieś tak koło 22. A potem sen, jak dobrze pójdzie to bez przeżywania w nim pracy. I znów jest rano, znów nadchodzi "Here comes the hotstepper" w roli budzika, potem rozklejanie powiek i wszystko startujące od nowa. Wstaję, udeptuję w sobie wszytskie niepokoje, lęki i wkurwienia, zamykam oczy na machające do mnie męczące mój święty spokój i nicnierobienie myśli i jest ok. Bo skoro zawsze wszystko się układa, to może i tym razem też? I będzie jakoś? Bo zawsze jest jakoś? Dziś wieczorem salsowa impreza w P., a potem - chyba - przenosiny na oławski grunt. Ostatnie odcinki sezonów Mentalisty i House'a wymiatają. Przeczytałam "Całując ul" Carrolla. Wyszliśmy ekipą. Widzieliśmy się z B. To naprawdę nie był zły tydzień!!! A propos książki Carrolla: "Przed laty udałem się do pewnego psychoanalityka, który powiedział, żebym się nie martwił - wszystko płynie, nic nie zostaje. Nie podoba ci się to, co jest dzisiaj - to nic, jutro będzie inaczej. Zaśmiałem mu się w twarz i powiedziałem: >>Myli się pan - w s z y s t k o z o s t a j e. Te wielkie, tłuste robaki pamięci i zapomnienia zostają z nami i choć niektóre zdychają, reszta pozostaje przy życiu, kręci się i wije.<<" I kto ma rację? Hę? skomentuj (2) |
|
|||||||